DZIEN 1 (4 Maj 2011)
Wyruszam w miarę wcześnie, choć z planów by złapać pociąg o 5 rano nic nie wychodzi…(chyba po prostu nie jestem stworzony do tak wczesnego wstawania:). Moja podróż autostopową zaczynam pociągiem
. Niestety to, czego najbardziej chce uniknąć – pośpiech – prześladuje mnie już od samego początku, a wszystko dlatego, że wpisalem we wniosku wizowym, że przekrocze granice z Iranem …10 maja. Tak więc postanowilem jechać non stop, aż do Erzurum (w Turcji), gdzie mam nadzieje dostać irańską wizę.
Pociągiem dojeżdżam do Zwardonia i po krótkim spacerze wychodze na główną drogę. Miejscówka idealna – piękna widoczność, szerokie pobocze, auta nie powinny zbyt szybko tutaj jechać, gdyż znajduje się zaraz za przejściem granicznym. No właśnie…auta… Jedyny problem to ich brak…
No ale przynajmniej można się trochę pożywić i poopalać… Pojawia sie pierwsze auto, nie jest źle…
Zaczyna się miła rozmowa, o podróży, o pracy, o rodzinie.. Nagle zaczyna mówić, że jego syn jest hokeistą, a potem że ów frajer pobił się ostatnio na jakiejś dyskotece, na której był ze swoją frajerką… Myśle, że facet mnie zabrał, żeby się wyżalić jak ciężko być ojcem. Nie dowierzając jednak, że tak mówi o własnym synu pytam się czy frajer znaczy FRAJER (teraz wiem jak głupie pytanie zadałem
. W końcu okazało się, że frajer to po słowacku chłopak, a frajerka – dziewczyna.
)) Później dowiaduję się, że pracowałem jako sprawca sieci, czyli administrator sieci.
Miła rozmowa dobiega końca i kierowca wysadza mnie na czerpaczce – stacji benzynowej
).
No to stopuje dalej… Łapie i łapie i nic… Auta szybko jadą, nikt nie chce się zatrzymać. Zaczyna się robić naprawdę zimno, a do tego mocno wieje. Po godzinie głodny i zmęczony wracam na stację, żeby się czegoś ciepłego napić i coś zjeść. I tu zaobserwowalem następującą scenę – dwóch Słowaków wychodzi z plastikowymi kieliszkami, od góry zaklejonymi folią, zrywają folię – „Na zdravie!”, no i w dziób, lekko się skrzywili, po czym jak gdyby nigdy nic, wsiedli do auta i pojechali…Szybko, elegancko, ale czy bezpiecznie… ??? Zazwyczaj szokują mnie rzeczy egzotyczne, pochodzące z odległych kultur, jednak jak widać, żeby zobaczyć coś szokującego wystarczy czasem odwiedzić najbliższych sąsiadów…
Wracam na drogę i dalej nic. W końcu pytam się jakiegoś gościa czy mnie nie zabierze dalej i ten zgadza się – Słowak sprzedający lody Frost
Kolejne auto to małomówny, ale dobry młody chłopak. Zawozi mnie dalej niż musi, żeby było mi łatwiej łapać kolejnego stopa.
Następnie zatrzymuje się małżeństwo Rumunów, które jedzie do samego Budapesztu. Wysiadam jednak na stacji benzynowej wcześniej, licząc na to, że uda mi się pojechać jeszcze dalej.
Nic z tego, słońce zaczyna zachodzić, robi się coraz chłodniej, a na stacji jedno auto na 15 min… Już się ucieszyłem z możliwości przetestowania kuchenki i pierwszego biwaku w namiocie, gdy jakieś niemieckie małżeństwo zaoferowało, że mnie podrzuci na dworzec w Budapeszcie.
No to co może pociąg? Okazuje się, że bilet do Belgradu kosztuje tylko 15 euro, a ponieważ jestem w pośpiechu postanawiam jechać. Rozkładam się kulturalnie w wagonie i usypiam..
DZIEŃ 2 (5 Maj 2011)
Rano dojeżdżam do Belgradu. Rozkładam moja przenośną restauracje przed głównym dworcem i ze
smakiem zajadam polski pasztet. Trzeba przyznać, że bardzo dobrze wkomponowalem się w tło wraz z rumuńską rodziną, która rozłożyła się przede mna
. Pożywiony i wypoczęty korzystając z Kindle i strony hitchwiki.org dowiaduje się, że najlepiej na autostradę dostać się autobusem 31, znajdującym się w centrum naprzeciwko MacDonalda. Czytam, że bez problemu można po Belgradzie jeździć na gapę, że kontrolerzy pojawiają się raz na ruski rok i do tego kamuflują się nosząc kanarkowe, odblaskowe kamizelki (może stąd określenie „kanary”
) Siedze na przystanku zaledwie 2 minuty, gdy kontrolerzy wyrastają jak grzyby po deszczu… 3, 7, 10… itd. Wszyscy na tym przystanku!!! Jak na złość. I w tym momencie zaczyna się gra w Pacmana na żywo
czyli kombinuje, żeby w autobusie w którym jade nie było żółtej kamizelki. Przepuszczając kilka busów w końcu się udaje
. Oczywiście wysiadam nie tam gdzie trzeba, ale podjeżdżam znów kryjąc się przed tą odblaskową modą i za drugim razem udaje mi się wysiąść dobrze…
No i łapie znowu… Zatrzymuję się sympatyczny, 45-letni Serb o niesamowitej charyzmie, posiadający wiele ciekawych historii i …zawodów. Podobno był kiedyś znanym bokserem i za pieniądze z walk kupił sobie kilka fabryk. Był też kaskaderem, żołnierzem na wojnie, śpiewakiem operowym, jeździł z lokalnym zespołem pieśni i tańca po świecie, następnie został fotografem dla National Geographic, a obecnie jest pisarzem dla Guardiana w Londynie (jakaś rubryka dla kobiet – trzeba to sprawdzić
) Podobno ma tysiące fanek
Oprócz tego prowadzi jakieś biznesy z jedzeniem organicznym. Wydawałoby się, że człowiek ma bujną wyobraźnie i kompleks z powodu swojego wyglądu (co chwile powtarzał, że jest brzydki i musi nadrabiać intelektem), ale z dłuższej rozmowy wynikało, że on naprawdę to wszystko zrobił…, a w dodatku ma przeogromną wiedzę na temat niemalże wszystkiego – od historii i polityki, przez filozofię na kawie luwak skończywszy.
Generalnie gaduła jakich mało. Jedna historyjka bardzo utkwiła mi w pamięci. Opowiedział mi jak kiedyś rozmawiał o życiu ze swoją holenderską przyjaciółką, która w pewnym momencie spytała go jak to jest, że jeżeli kobieta ma wielu facetów to jest puszczalska, zaś facet, który ma wiele kobiet to super macho…?? Odpowiedział: „Kobiety są jak zamki w drzwiach, a mężczyźni jak klucz. Zamek, który można otworzyć każdym kluczem jest zupełnie bezwartościowy, zaś klucz, który otwiera każdy zamek jest wart wiele.”
)
I znowu jestem na drodze, na kartonach wypisane nowe kierunki, bliższe i dalsze (Bulgaria, Turkey), ale nic się nie zatrzymuje. W koncu zatrzymuje sie auto. Kierowca, nie mówił w żadnym znajomym mi języku, ale nie przeszkadzało to mi wcale. Zostawił mnie na złączeniu dróg, tak żebym mial większe szanse na złapanie kolejnej okazji.
Jeszcze jedno auto i… zatrzymuje się turecki Tir, jadący aż do Iranu!
Kierowca – niewielki, ale bardzo sympatyczny Turek, mówi że moge z nim jechać aż do końca. I tak zaczyna się przygoda z Muratem
Moj tirowiec trochę szprecha i choć jest to dosłownie 5 zdań na krzyż i raczej mieszanka niemieckiego z tureckim, jakoś się dogaduje. Ciągle powtarza kein problem, szab szarab, wunderbar i sehr schon
. Już po godzinie jazdy zatrzymuje się na odpoczynek i moj pierwszy w podróżny porządny i naprawdę dobry posiłek – kebaby, sałatki, warzywa i chleb. Super! Następnie przejeżdżamy przez granicę z Bułgarią. Celnik najwyraźniej domaga się łapówki – najpierw pyta o kawę, później o czekoladę… Murat kręci głową, że nie ma… Na to celnik zrezygnowany prosi chociaż o butelkę wody mineralnej
. Jak widać w Bułgarii łapówki to zupełnie normalna rzecz, nawet gdyby miała to być woda mineralna
))).
Dojeżdżąmy do Sofii i tam, gdzieś na przedmieściach, zatrzymujemy się. Pytam czy moge rozbić tu namiot, na co Murat odpowiada: „Nein, nein, kein problem!” i daje mi jedno ze swoich łóżek w kabinie. Moj kierowca ma tu swojego przyjaciela, z którym ma zamiar wypić coś mocniejszego… Ja tez jestem zaproszony więc proponuje naszą polską gorzką żołądkową, żeby choć trochę odwdzięczyć się swojemu dobroczyńcy. I tak toczy się wieczór – siedzimy przy stoliku, pijemy wódkę i zagryzamy owocami, warzywami, kurczakiem i orzeszkami.
DZIEŃ 3, 4, 5 (6-8 Maj 2011)

Przez kolejne dni podróżuje z sympatycznym Tirowcem, który jest niesamowicie gościnny – kupuje mi jedzenie, częstuje słodkościami, owocami, czekoladkami i …słysząc kiedy mam być w Iranie pędzi jak szalony, robiąc ostatniego dnia około 1000 km! Tym sposobem 8 Maja w nocy docieram na przedmieścia Erzurum, ide spać…
Był to moj jak na razie rekord autostopowy, jednym tirem przejechalem ponad 2000 km, spędzając razem prawie 5 dni
, gdyby nie potrzeba wyrobienia wizy w Erzurum, z Serbi dojechalbym aż do Iranu
.
VN:F [1.9.6_1107]
Ocena: 10.0/10 (głosujących: 8)