Iran -Tabriz

 

DZIEŃ 10 (13 Maj 2011)

Rano, po pysznym śniadaniu, Vahid zabiera mnie do niewielkiego, ale bardzo ładnego pałacu jednego z władców Maku, po czym zawozi na terminal, gdzie kupuje mi bilety do Tabriz. Taka już jest irańska gościnność. Na odchodne jeszcze zaprosił mnie na swoje wesele :)

Po 4h dojeżdżam do Tabriz. Przez pierwsze 10 minut jestem nieco zagubiony – nie wiem czy najpierw szukać hotelu czy może coś zjeść, bo już mi burczy w brzuchu.. Z pomocą nadchodzą młodzi Irańczycy, doradzają co, gdzie i jak, a na koniec podwożą do lokalnej restauracji. W drodze do hotelu spotykam dwie przemiłe studentki architektury, oprowadzające mnie później po mieście.

 

DZIEŃ 11 (14 Maj 2011)

W Iranie mało kto mówi dobrze po angielsku, a niestety bez znajomości języka ciężko negocjować o lepszy kurs wymiany dolara na riale…Męcze się potwornie, gdy nagle podchodzi do mnie młody chłopak, Ebrahim i oferuje pomoc. Po chwili rozmowy zabiera mnie do siebie do pracy, poznaje ze swoim niezwykle sympatycznym szefem, a ten drugi ni z tego ni z owego zaprasza mnie do siebie do domu. Przez chwilę nie wiem co robić, bo chciałem już opuścić Tabriz i jechać dalej, ale szef Ebrahima, Mr. Eszke, nalega, a do tego daje mojemu nowemu koledze wolne i samochód do dyspozycji :) . Tak więc zostaje. Po chwili jade z Ebrahimem do Kandovan – irańskiej mini Kapadocji, oddalonej od Tabrizu o około 60 km.

W czasie podróży nasz nowy kolega zadaje mi tysiące pytań o Europę i jak się tam żyje. Opowiada również o sobie i swoich planach na przyszłość. Ma 28 lat, jest wykształconym informatykiem, zna trzy języki (nie licząc perskiego), nie ma dziewczyny, ale jest fanem Hanny Montany. W najbliższej przyszłości chce wyemigrować do Kanady i jadać głównie w MacDonaldzie :) , bo tego w Iranie nie ma… W Tabrizie nic go nie trzyma, nie ma tu też zbyt wielu przyjaciół. Fajnie się z nim dogaduje, rozumie moje żarty i postrzeganie świata, a do tego okazuje się być świetnym przewodnikiem po Kandovan.

Samo Kandovan to niewielka mieścina, słynąca głównie ze swoich niesamowitych formacji skalnych, zamieszkiwanych przez lokalną ludność. Jest tu przyjemnie chłodno i choć przez chwilę można odpocząć od doskwierającego w Tabrizie upału. Spaceruje po skałkach, zaglądam do miejscowych klimatycznych sklepów, próbuje nawiązać jakiś kontakt z lokalnymi, ale jest nie jest to łatwe, gdyż ludzie tutaj bardziej są nastawieni na moje pieniądze niż na mnie samego. Tak to już właśnie jest w turystycznych miejscach…

Wieczorem udaje się do domu mojego gospodarza – Mr. Eszke. Przez chwilę zastanawialem się czy to zaproszenie to nie był przypadkiem ta'arof (specyficzna irańska uprzejmość) i czy aby na pewno jestem tu mile widziany. Okazało się jednak, że wręcz przeciwnie – jestem z niecierpliwością oczekiwany i już w progu przywitała mnie żona pana Eszke i ich córeczka Parasu.

Jak się później dowiedzialem pani Eszke uczyła kiedyś angielskiego i uwielbia anglojęzycznych gości, zwłaszcza z Europy, z którymi może porozmawiać po angielsku i dowiedzieć się czegoś o moich stronach, zwyczajach, stylu życia. Nigdy nie była w Europie i jej wyobrażenie o niej (oparte głównie na kanale MTV) dosyć mocno różni się od rzeczywistości… Np. myślała, że wszyscy w Europie są szczupli, piękni i wysocy oraz że mają blond włosy i niebieskie oczy. :)

VN:F [1.9.6_1107]
 
Ocena: 0.0/10 (głosujących: 0)

Przeczytaj komentarze (2)

Iran – Maku

DZIEŃ 9 (12 Maj 2011)

Zbieram swoje manatki i żegnam się wylewnie z rodziną Ismaila. Ten, odprowadza mnie na drogę skąd 20110512-tr-erzurum-9 będe łapać stopa do Iranu, żegna, po czym siada na uboczu i obserwuje jak mi idzie :) Nie mija jednak 5 minut, a zatrzymuje się mi turecki TIR, jadący w stronę turecko-irańskiej granicy. Jeszcze 2 samochody i jestem w Iranie, w Bazargan. Od razu podchodzi do mnie zgraja taksówkarzy, namawiających gorąco na przejażdżkę do Tabrizu. Grzecznie odmawiam i próbuje łapać stopa. Wcześniej jednak kupuję mapę Iranu… Pytam w jednym sklepie, drugim, trzecim… Nikt nie mówi tu po angielsku… W końcu, przy pomocy Icon Book (niewielkiej, a niesamowicie przydatnej książeczki obrazującej wiele rzeczy i sytuacji), daje radę wytłumaczyć czego szukam i uliczny sprzedawca, ze sterty ubrań wyciąga mapę! Kto by pomyślał, że tam właśnie będzie! :)

Wszystkie samochody w Bazargan chcą odemnie pieniędzy więc nie jede. Ide z plecakami przez miasto, aż do drogi prowadzącej do kolejnej miejscowości – Maku. W końcu zatrzymuje się dwóch młodych chłopaków – mówie im „No money, no dolar, no rial”, a oni na to: „OK, OK”, no więc wsiadam… W czasie jazdy pytają 20110512-tr-erzurum-22 czy chce żeby zawieźli mnie do Tabrizu i podają jakąś kosmiczną cenę… Po chwili dociera do mnie, że za podwiezienie chcą ode mnie kasę i to wcale nie mało… Akurat dojechalem do Maku, wysiadam i zaczyna się niezbyt miła rozmowa… Chłopaki za 10 minutową jazdę chcą od nas 5 USD. Może nie jest to jakoś wiele, ale wiedząc, że za 12 USD moglem pojechać taksówką do Tabriz (4,5h) nie popuszczam. Ostatecznie odjeżdżają, my zostaje na ulicy, zaraz kolo miejskiego parku. Pytam lokalnych o autobusy do Tabriz, cenę biletu oraz gdzie zjeść, gdy nagle nie wiadomo skąd zjawia się młody, przemiły chłopak, o imieniu Vahid i proponuje mi nocleg u siebie w domu. Wcześniej dzwoni do mamy i prosi, żeby przygotowała dla mnie jakiś ciepły posiłek. Jestem zaskoczony i szczęśliwy :)

Okazuje się, że Vahid należy do tradycyjnej rodziny, co widać już po wystroju jego domu – prawie w ogóle nie ma mebli, a na podłogach znajdują się piękne dywany i wygodne pufy. Jego rodzice witają mnie tak jak prawo nakazuje – ojciec ściska moją ręke.

Do późnego wieczora siedzimy z Vahidem i rozmawiamy o życiu, podróżach, trasie i o irańskim „sovre vivre”. Mój gospodarz chętnie dzieli się ze mna swoją wiedzą, tłumaczy lokalną mentalność i zasady tu panujące. Gdy przychodzi czas na spanie pytam się, gdzie moge się położyć. Vahid mówi, że kiedyś miał łóżko, ale teraz ze względów zdrowotnych, kładzie się na podłodze. Tak więc rozkładam się na dywanach i zasypiam.

VN:F [1.9.6_1107]
 
Ocena: 10.0/10 (głosujących: 4)

Przeczytaj komentarze (0)

Turcja – Erzurum

DZIEŃ 6 (9 Maj 2011)

Rano wjechalem do Erzurum. Murat idzie ze mna do miasta, pomaga mi załatwić zdjęcia do wizy i znaleźć bankomat, po czym wiedząc, że za chwile będe w dobrych rękach mojego lokalnego hosta, żegna się z mna i jedzie dalej. 20110509-erzurum-10

Chwilę później udaje się z moim gospodarzem na przedmieścia miasta (choć twierdził, że mieszka w samym centrum:), poznaje jego żonę i 2 dzieci. Okazuję się że angielski nie jest ich najmocniejszą stroną, ale znają google translator :) . Moje rozmowy przez najbliższe 2 dni wyglądały następująco – z całą rodziną zasiadalem przed komputerem i każdy po kolei wpisywał zdanie, które chce powiedzieć, a wujek google wszystko tłumaczył :) . Musze powiedzieć, że całkiem sprawnie mi to szło :) ) Poza tym host był niezmiernie sympatyczny i przez cały czas powtarzał, że to nie jest jego dom tylko moj dom, a on tu jest tylko gościem :) 20110509-erzurum-20

Tak więc po krótkiej rozmowie i oczywiście tureckim czaju (którego wypijalem tu po kilka litrów dziennie :) zostawilem bagaż i udaje się do irańskiego konsulatu, żeby załatwić wizę… Konsul ani me ani be po angielsku, Ismail jest moim tłumaczem i wybawcą :) Procedura wizowa wygląda następująco – 2 zdjęcia, 75 euro wpłacone na konto konsulatu i wniosek wizowy – to wszystko złożone do godz.17-tej. Jest po 15-tej… Ismail prowadzi mnie do oddalonej o kilka kilometrów restauracji, żebym tam przy herbatce mogl wypełnić swoj wniosek wizowy.. Jest 16-ta… Nie mam euro tylko dolary więc musze udać się do kantoru, żeby je wymienić, a następnie do banku, żeby je wpłacić na konto konsulatu… Ide szybkim krokiem przez miasto, w końcu biore taksówkę, żeby wszystko załatwić. W banku ludzi co niemiara, kolejka wg numerków… przede mna jakieś 50 osób, a na zegarku dochodzi 16:30… Już zaczynam się trochę martwić, że się nie wyrobie, gdy nagle podchodzi do mnie Ismail, z uśmiechem szerokim od ucha do ucha i jakimś nowym numerkiem… Zadowolony z siebie 20110510-erzurum-111 mówi, że „No problem, 5 minutes waiting only!” I rzeczywiście – po kilku minutach wyskakuje moj numerek i jestem przy okienku :) Kasjer z zaciekawieniem ogląda moj paszport i z trudem próbuje wymówić moje drugie imię – Krizistof, łamie sobie język biedaczek, a nasz uchachany host od tej pory tylko tak mnie nazywa, dodając jeszcze „Kolumb” :) Zostało 20 minut do zamknięcia – prawie biegne… Udało się – papiery i zdjęcia złożone, kasa wpłacona! Ismail wymienia kilka zdać z konsulem i zapewnia mnie, że jutro dostane wizę, „No problem!” powtarza. :) [SinglePic not found]

Zmęczony, ale zadowolony wracam do domu i wdzięczny za pomoc i gościnę, wręczam naszemu gospodarzowi gorzką żołądkową – wiedząc już, że nie jest przykładnym muzułmaninem i od czasu do czasu lubi zajrzeć do kieliszka… Na widok butelki oczy Ismailowi zabłysły i szeroki uśmiech pojawił się na twarzy. Jedna szklaneczka, druga, następna i moj gospodarz staje się coraz bardziej wylewny – mówi jak bardzo mnie lubi i że jestem najlepszym z jego najlepszych przyjaciół, że mnie kocha i polską wódkę też..:)

Martwie się trochę, bo wiem, że o 22-giej zaczyna swoją ochroniarską szychtę… Ten mnie jednak zapewnia, że będzie git.

 

 

DZIEŃ 7 (10 Maj 2011)

Po śniadaniu ruszam do konsulatu, na drodze spotykając trzeźwego już Ismaila, który jedzie ze mna. 20110510-erzurum-76 Uradowany, z wiza w paszporcie, zwiedzam miasto. Na tę okazję host pożyczył samochód i odwiedzam po kolei – stary dom, sklep z dywanami, dwu-minaretowy meczet, stare mieszkanie lokalnego dziadka, grobowce, old-schoolowy zakład krawiecki, centrum narciarskie, skocznie, a na koniec – fabrykę brata gospodarza, który pragnie napić się ze mna czaju… Aby to jednak uczynić potrzebuje szklanek. Próbuje nabyć je na stacji benzynowej i niesamowicie dziwi się, że ich tam nie ma… Ostatecznie zdobywa gdzieś plastikowe kubeczki, w których chwilę później, siedząc w samochodzie, razem spożywamy czaj.

[SinglePic not found] Wszystko jest super i bardzo mi się w Erzurum podoba, z wyjątkiem tego, że Ismail za wszystko płaci i za nic nie chce moich pieniędzy… Zaczynam czuć się trochę niezręcznie, nie chce być dla niego ciężarem, a moje tłumaczenia w ogóle do niego nie trafiają. W podzięce kupuje dla jego rodziny trochę słodyczy, by choć tak się odwdzięczyć za jego niesamowitą gościnę.

 

DZIEŃ 8 (11 Maj 2011)

Postanawiam zostać u Ismaila jeszcze jeden dzień, poświęcając go całkowicie na pracę – jestem znowu „sprawcą sieci”. :)

VN:F [1.9.6_1107]
 
Ocena: 8.9/10 (głosujących: 13)

Przeczytaj komentarze (0)

Z dziennika autostopowicza – z Polski do Turcji

DZIEN 1 (4 Maj 2011)

Wyruszam w miarę wcześnie, choć z planów by złapać pociąg o 5 rano nic nie wychodzi…(chyba po prostu nie jestem stworzony do tak wczesnego wstawania:). Moja podróż autostopową zaczynam pociągiem ;) . Niestety to, czego najbardziej chce uniknąć – pośpiech – prześladuje mnie już od samego początku, a wszystko dlatego, że wpisalem we wniosku wizowym, że przekrocze granice z Iranem …10 maja. Tak więc postanowilem jechać non stop, aż do Erzurum (w Turcji), gdzie mam nadzieje dostać irańską wizę.

Pociągiem dojeżdżam do Zwardonia i po krótkim spacerze wychodze na główną drogę. Miejscówka idealna – piękna widoczność, szerokie pobocze, auta nie powinny zbyt szybko tutaj jechać, gdyż znajduje się zaraz za przejściem granicznym. No właśnie…auta… Jedyny problem to ich brak… ;) No ale przynajmniej można się trochę pożywić i poopalać… Pojawia sie pierwsze auto, nie jest źle… :) Zaczyna się miła rozmowa, o podróży, o pracy, o rodzinie.. Nagle zaczyna mówić, że jego syn jest hokeistą, a potem że ów frajer pobił się ostatnio na jakiejś dyskotece, na której był ze swoją frajerką… Myśle, że facet mnie zabrał, żeby się wyżalić jak ciężko być ojcem. Nie dowierzając jednak, że tak mówi o własnym synu pytam się czy frajer znaczy FRAJER (teraz wiem jak głupie pytanie zadałem ;) . W końcu okazało się, że frajer to po słowacku chłopak, a frajerka – dziewczyna. :) )) Później dowiaduję się, że pracowałem jako sprawca sieci, czyli administrator sieci. :) Miła rozmowa dobiega końca i kierowca wysadza mnie na czerpaczce – stacji benzynowej :) ).

No to stopuje dalej… Łapie i łapie i nic… Auta szybko jadą, nikt nie chce się zatrzymać. Zaczyna się robić naprawdę zimno, a do tego mocno wieje. Po godzinie głodny i zmęczony wracam na stację, żeby się czegoś ciepłego napić i coś zjeść. I tu zaobserwowalem następującą scenę – dwóch Słowaków wychodzi z plastikowymi kieliszkami, od góry zaklejonymi folią, zrywają folię – „Na zdravie!”, no i w dziób, lekko się skrzywili, po czym jak gdyby nigdy nic, wsiedli do auta i pojechali…Szybko, elegancko, ale czy bezpiecznie… ??? Zazwyczaj szokują mnie rzeczy egzotyczne, pochodzące z odległych kultur, jednak jak widać, żeby zobaczyć coś szokującego wystarczy czasem odwiedzić najbliższych sąsiadów…

Wracam na drogę i dalej nic. W końcu pytam się jakiegoś gościa czy mnie nie zabierze dalej i ten zgadza się – Słowak sprzedający lody Frost :) Kolejne auto to małomówny, ale dobry młody chłopak. Zawozi mnie dalej niż musi, żeby było mi łatwiej łapać kolejnego stopa.

Następnie zatrzymuje się małżeństwo Rumunów, które jedzie do samego Budapesztu. Wysiadam jednak na stacji benzynowej wcześniej, licząc na to, że uda mi się pojechać jeszcze dalej.

Nic z tego, słońce zaczyna zachodzić, robi się coraz chłodniej, a na stacji jedno auto na 15 min… Już się ucieszyłem z możliwości przetestowania kuchenki i pierwszego biwaku w namiocie, gdy jakieś niemieckie małżeństwo zaoferowało, że mnie podrzuci na dworzec w Budapeszcie.

No to co może pociąg? Okazuje się, że bilet do Belgradu kosztuje tylko 15 euro, a ponieważ jestem w pośpiechu postanawiam jechać. Rozkładam się kulturalnie w wagonie i usypiam.. :)

 

DZIEŃ 2 (5 Maj 2011)

Rano dojeżdżam do Belgradu. Rozkładam moja przenośną restauracje przed głównym dworcem i ze smakiem zajadam polski pasztet. Trzeba przyznać, że bardzo dobrze wkomponowalem się w tło wraz z rumuńską rodziną, która rozłożyła się przede mna :) . Pożywiony i wypoczęty korzystając z  Kindle i strony hitchwiki.org dowiaduje się, że najlepiej na autostradę dostać się autobusem 31, znajdującym się w centrum naprzeciwko MacDonalda. Czytam, że bez problemu można po Belgradzie jeździć na gapę, że kontrolerzy pojawiają się raz na ruski rok i do tego kamuflują się nosząc kanarkowe, odblaskowe kamizelki (może stąd określenie „kanary” ;) ) Siedze na przystanku zaledwie 2 minuty, gdy kontrolerzy wyrastają jak grzyby po deszczu… 3, 7, 10… itd. Wszyscy na tym przystanku!!! Jak na złość. I w tym momencie zaczyna się gra w Pacmana na żywo ;) czyli kombinuje, żeby w autobusie w którym jade nie było żółtej kamizelki. Przepuszczając kilka busów w końcu się udaje :) . Oczywiście wysiadam nie tam gdzie trzeba, ale podjeżdżam znów kryjąc się przed tą odblaskową modą i za drugim razem udaje mi się wysiąść dobrze…

No i łapie znowu… Zatrzymuję się sympatyczny, 45-letni Serb o niesamowitej charyzmie, posiadający wiele ciekawych historii i …zawodów. Podobno był kiedyś znanym bokserem i za pieniądze z walk kupił sobie kilka fabryk. Był też kaskaderem, żołnierzem na wojnie, śpiewakiem operowym, jeździł z lokalnym zespołem pieśni i tańca po świecie, następnie został fotografem dla National Geographic, a obecnie jest pisarzem dla Guardiana w Londynie (jakaś rubryka dla kobiet – trzeba to sprawdzić ;) ) Podobno ma tysiące fanek :) Oprócz tego prowadzi jakieś biznesy z jedzeniem organicznym. Wydawałoby się, że człowiek ma bujną wyobraźnie i kompleks z powodu swojego wyglądu (co chwile powtarzał, że jest brzydki i musi nadrabiać intelektem), ale z dłuższej rozmowy wynikało, że on naprawdę to wszystko zrobił…, a w dodatku ma przeogromną wiedzę na temat niemalże wszystkiego – od historii i polityki, przez filozofię na kawie luwak skończywszy. :) Generalnie gaduła jakich mało. Jedna historyjka bardzo utkwiła mi w pamięci. Opowiedział mi jak kiedyś rozmawiał o życiu ze swoją holenderską przyjaciółką, która w pewnym momencie spytała go jak to jest, że jeżeli kobieta ma wielu facetów to jest puszczalska, zaś facet, który ma wiele kobiet to super macho…?? Odpowiedział: „Kobiety są jak zamki w drzwiach, a mężczyźni jak klucz. Zamek, który można otworzyć każdym kluczem jest zupełnie bezwartościowy, zaś klucz, który otwiera każdy zamek jest wart wiele.” :)

I znowu jestem na drodze, na kartonach wypisane nowe kierunki, bliższe i dalsze (Bulgaria, Turkey), ale nic się nie zatrzymuje. W koncu zatrzymuje sie auto. Kierowca, nie mówił w żadnym znajomym mi języku, ale nie przeszkadzało to mi wcale. Zostawił mnie na złączeniu dróg, tak żebym mial większe szanse na złapanie kolejnej okazji.

Jeszcze jedno auto i… zatrzymuje się turecki Tir, jadący aż do Iranu! :D Kierowca – niewielki, ale bardzo sympatyczny Turek, mówi że moge z nim jechać aż do końca. I tak zaczyna się przygoda z Muratem :) Moj tirowiec trochę szprecha i choć jest to dosłownie 5 zdań na krzyż i raczej mieszanka niemieckiego z tureckim, jakoś się dogaduje. Ciągle powtarza kein problem, szab szarab, wunderbar i sehr schon :) . Już po godzinie jazdy zatrzymuje się na odpoczynek i moj pierwszy w podróżny porządny i naprawdę dobry posiłek – kebaby, sałatki, warzywa i chleb. Super! Następnie przejeżdżamy przez granicę z Bułgarią. Celnik najwyraźniej domaga się łapówki – najpierw pyta o kawę, później o czekoladę… Murat kręci głową, że nie ma… Na to celnik zrezygnowany prosi chociaż o butelkę wody mineralnej ;) . Jak widać w Bułgarii łapówki to zupełnie normalna rzecz, nawet gdyby miała to być woda mineralna ;) ))).

Dojeżdżąmy do Sofii i tam, gdzieś na przedmieściach, zatrzymujemy się. Pytam czy moge rozbić tu namiot, na co Murat odpowiada: „Nein, nein, kein problem!” i daje mi jedno ze swoich łóżek w kabinie. Moj kierowca ma tu swojego przyjaciela, z którym ma zamiar wypić coś mocniejszego… Ja tez jestem zaproszony więc proponuje naszą polską gorzką żołądkową, żeby choć trochę odwdzięczyć się swojemu dobroczyńcy. I tak toczy się wieczór – siedzimy przy stoliku, pijemy wódkę i zagryzamy owocami, warzywami, kurczakiem i orzeszkami.

 

DZIEŃ 3, 4, 5 (6-8 Maj 2011)

Przez kolejne dni podróżuje z sympatycznym Tirowcem, który jest niesamowicie gościnny – kupuje mi jedzenie, częstuje słodkościami, owocami, czekoladkami i …słysząc kiedy mam być w Iranie pędzi jak szalony, robiąc ostatniego dnia około 1000 km! Tym sposobem 8 Maja w nocy docieram na przedmieścia Erzurum, ide spać…  

Był to moj jak na razie rekord autostopowy, jednym tirem przejechalem ponad 2000 km, spędzając razem prawie 5 dni :) , gdyby nie potrzeba wyrobienia wizy w Erzurum, z Serbi dojechalbym aż do Iranu :) .

VN:F [1.9.6_1107]
 
Ocena: 10.0/10 (głosujących: 8)

Przeczytaj komentarze (0)

Nareszcie w drodze!

I stalo sie!  Wprawdzie z "małym" kilkdziesieciodniowym opóźnieniem, ale ruszylem! Aktualnie jestem w drodze do Istambulu, gdzie dotre jeszcze dzisiaj :) wkrotce napisze o mojej drodze do Turcji, o tym jak butelka wody mineralnej może poslużyć jako łapówka :)

VN:F [1.9.6_1107]
 
Ocena: 9.9/10 (głosujących: 7)

Przeczytaj komentarze (1)

Znam termin wyjazdu :)

Jak to zwykle w życiu bywa, na najciekawsze rzeczy zawsze trzeba czekać. Tak też jest z moją wyprawą dookoła świata, moim wielkim marzeniem… Planowalem start na koniec stycznia, ewentualnie lutego, a tu już kwiecień a ja nadal w kraju… Wszystko to z powodu terminu egzaminu na pilota wycieczek, który musze zdać, bym mógł w przyszłości prowadzić trampingi po różnych, ciekawych zakątkach świata. Rozpiera mnie już energia i ogromna chęć wyruszenia przed siebie, naprzeciw przygodzie i nowym doznaniom. Ustalilem termin wyjazdu na 30 kwietnia, czyli zaraz po świętach! Teraz jeszcze ostatnie zakupy, przygotowania, wizy, rozterki co zabrać a czego nie, pożegnania z ulubionymi miejscami, przyjaciółmi, rodziną.

VN:F [1.9.6_1107]
 
Ocena: 10.0/10 (głosujących: 3)

Przeczytaj komentarze (0)

Nasi patroni

Setki minut spędzonych wisząc na telefonie, dziesiątki zapchanych skrzynek mailowych,  kilka spotkań na żywo… To wszystko zaowocowało pozyskaniem niżej wymienionych patronów medialnych. Dziękuje za zaufanie i mam nadzieję, że dzięki mnie liczba Waszych czytelników wzrośnie :)

Dziennik Zachodni

Echo Miasta

Magazyn Globtroter

Wydawnictwo Pascal Magazyn Extremium
Travel Channel Portal onet.pl

Portal naszemiasto.pl

Portal travelbit.pl Geozeta.pl Serwis torre.pl

portal globtroter.pl

4outdoor.pl

Portal peron4.pl 3 Zywioly ceneria.pl

VN:F [1.9.6_1107]
 
Ocena: 10.0/10 (głosujących: 1)

Przeczytaj komentarze (0)

Przygotowania zacząć czas

Sponsor Poszukiwany!!! Do wyjazdy zostało jeszcze trochę czasu lecz trzeba zacząć powoli myśleć o załatwieniu potrzebnych rzeczy na podróż, znalezieniu patronatów medialnych oraz sponsorów.
VN:F [1.9.6_1107]
 
Ocena: 10.0/10 (głosujących: 3)

Przeczytaj komentarze (0)